marca 06 2008
Wolność słowa, durniu!
Oto mamy precedens, który może doprowadzić do ustalenia raz na zawsze czy osobę publiczną można nazwać “durniem”. Warszawska Prokuratura Okręgowa umorzyła sprawę niejakiego Lecha Wałęsy, który niejakiego Lecha Kaczyńskiego nazwał tak właśnie.
Według prokuratury nie doszło w tym przypadku do znieważenia. Ciekawe czy Kancelaria Prezydenta sobie odpuści czy też sprawa znajdzie finał w Strasburgu, co zresztą byłoby niezłym międzynarodowym pasztetem. Nie mniej jednak w moim przekonaniu decyzja prokuratury zbliża nas do normalności. Uważam bowiem, że nazywanie osoby publicznej “durniem” jest wpisane w ryzyko wykonywania zawodu “osoby publicznej”. Tym bardziej jeśli dotyczy to polityka czy osoby, która piastuje swoje stanowisko w konsekwencji politycznego nadania. A czymże jest efekt wyborów jak nie politycznym nadaniem?
Jeśli zaś ktoś się dobrowolnie zgadza na udział w życiu politycznym, to powinien wiedzieć, że jakaś część społeczeństwa będzie go uważała za durnia. Szczególnie, jeśli się nie będzie z nim zgadzać. Z punktu widzenia przeciętnego obywatela każdy polityk to z gruntu natury swojej szuja, menda, dureń, bałwan, idiota, krętacz, złodziej, oszust, malwersant, świnia, podszczypywacz, zboczeniec. Cóż tu dużo mówić - w oczach znaczącej części społeczeństwa to po prostu mały chujek. I niestety jest tylko jeden sposób żeby ludzie tak o nim przestali myśleć. Trzeba otóż udowodnić, że się małym chujkiem nie jest. Bo w brew temu, co większość polityków myśli, do polityki wchodzi się od razu z garbem i nie jest tak, że ten garb się dopiero w polityce nabywa. C’est la vie! Durnie!
2 responses so far



bo jak się do polityki wchodzi to się jest już ważną osobistością, więc jakże durniem nazwać może ktoś? a jeszcze jak jest się Kaczyńskim… u hu hu… na pohybel z kryminalistą niewdzięcznym!
Niejaki Lech Wałęsa, a to dobre… he he…