października 06 2008
Człowiek nie wielbłąd…
Ostatnio w tivi Kultura (to taka stacja telewizyjna co rano nie działa, bo wszyscy leczą kaca, po tym jak po wieczornych gadających głowach się ubzdryngolili:-) pokazali dokument o Himilsbachu Janie. Łza się w oku kręci na wspomnienie jak on cudnie te nagrobki robił, kobiecie tak przekląć potrafił że była zachwycona i z tym Maklakiem życie zmarnował pięknie.
Od razu się przypomina anegdotka o wywiadzie, którego swego czasu miał udzielić pewien przedwojenny generał. Kiedy podekscytowana panna z mikrofonem pytała go na co wydaje swój żołd odparł bez zastanowienia: “Dziewięćdziesiąt procent wydaję na wódkę i kobiety…, resztę trwonię!” Wracając jednak do dokumentu - otóż jest tam taki fragment, w którym wdowa po bohaterze opowiada jak to “towarzystwo” warszawskie z politowaniem kiwało głowami, że Himilsbach tak tę wódkę za kołnierz nie wylewa. “Tak jak by oni wylewali” - kończy pani Himilsbachowa. I w tym momencie uświadomiłem sobie naszą narodową pruderię. No bo przecież rozumujemy tak: ano raz na czas jakiś napić się trzeba, a już odmówić nie wypada. Jednocześnie widząc jak sąsiad zapyla każdego popołudnia z Żabki z siatą nabitą browarami puszczamy do się nawzajem porozumiewawcze oko znaczące mniej więcej tyle, że sąsiad ma alkoholowy problem. Jednocześnie jakby tak zadzwonili w tej chwili znienacka znajomi z propozycją imprezki to odpowiadamy, że jasne że się z nimi napijemy. Czyli sąsiad be, my cacy. Mam taką sąsiadkę, która co rusz daje mi do zrozumienia wzrokiem żem degenerat ilekroć zanoszę do śmietnika (tego na szkło rzecz jasna) butelki po winach. W kartonach całych zanoszę, bo do siatek mi się nie mieszczą.
No wiem, że owo “co rusz” zdarza mi się nader często, ale z drugiej strony jak jest impra u sąsiadki to poziom decybeli zdaje się świadczyć raczej o tym, że nobliwe towarzystwo przy oranżadzie nie siedzi. Bo przecież wszyscy chlamy, a jak się w towarzystwie znajdzie abstynent to i tak się w końcu okazuje, że złamas, szuja, łapserdak i z IPeeNu. Chlamy, ale się nie przyznajemy. A jak się już przyznamy, a co najgorsza poddamy wstępując w zdradzieckie szeregi AA, to mamy przesrane do końca życia, bo przecież co rusz nam będą to wytykać. Ostatnio zaś słyszałem ciekawą definicję alkoholowego problemu - otóż problem nie istnieje dopóki udaje się nam wytrzymać na trzeźwo zawodowe obowiązki i zaczynamy w siebie wlewać dopiero w godzinach wieczornych. Co więcej twórca tej definicji wskazywał na haniebny przykład pewnego jegomościa, który zazwyczaj o siedemnastej jest już tak cyknięty, że traci kontakt z rzeczywistością. To oczywiście przesada, ale z drugiej strony, jak się tak uczciwie zastanowić, to znam całą masę ludzi, którzy jeśli o tej porze nie są już po dwóch browarach, zmuszeni są uznać dzień za wielce nieudany! Pod czym się uczciwie podpisuję…
No responses yet


